Katarzyna Marciszewska, Wiedźmy Himmlera, wyd. Novae Res 6/10



„Wiedźmy Himmlera” to debiut Katarzyny Marciszewskiej. Trzeba dodać, debiut obiecujący, choć
pozostawiający również miejsce na małą dozę krytyki. Ale zacznijmy od początku. Rzecz dzieje
się w 2014 roku w Poznaniu, co na pierwszy rzut oka wydaje się zaskoczeniem, zważywszy na
tytuł powieści odnoszący nas do czasów II wojny światowej za sprawą postaci Heinricha
Himmlera. Nie znaczy to, że jego nazwisko pada przypadkowo czy, o zgrozo, jako chwyt
marketingowy. Nic z tych rzeczy. Jeden z głównych przywódców Niemiec nazistowskich zajmował
się okultyzmem i na jego polecenie został zgromadzony zbiór ksiąg masońskich, który
rzeczywiście możemy znaleźć w Ciążeniu, okolicach Poznania. Tyle z faktów, reszta to już fikcja.
A więc fikcją jest już postać policjanta, Rogera Kality. Jak na większość bohaterów powieści
kryminalnych przystało, również i ten śledczy jest pracoholikiem i zaniedbuje swoją rodzinę, a
właściwie to synka, Sewka, bo żona zmarła na raka 3 lata wcześniej. Jego relacje damsko-męskie
są dość skomplikowane. Z jednej strony ma powodzenie, zwłaszcza u prokuratorki, której ulega,
ale z drugiej, nie może ułożyć sobie życia po odejściu żony. Zakończenie sprzyja bohaterowi, ale
czy dla nas jest równie satysfakcjonujące? To trochę jak success story, ale nie do końca, bo
ostateczna puenta komplikuje relacje rodzinne. Kalita odnosi zwycięstwo czy porażkę? Na to
pytanie musi odpowiedzieć sobie w samotności czytelnik, wertując kartki powieści.
Fikcyjna jest też oczywiście ofiara, Staroń-Matuszewska. Szanowana pani profesor, ulubiona
córeczka tatusia, notabene, również historyka, wręcz chodzący ideał, skrywa jednak mroczną
tajemnicę. I w zasadzie każdy z bohaterów jakąś skrywa, dlatego nie do końca można każdemu
ufać i nie do końca postaci „Wiedźm Himmlera” dają się lubić. Do mnie takie konstrukcje
bohaterów przemawiają. Nie ma złych na wskroś ani nieskazitelnie czystych. Nie ma czarno-białej
rzeczywistości, mamy przed sobą tylko szarość. Właśnie ona może odbierać nam nadzieję w
człowieka, ale też przypomina: halo! Nie oceniaj, ty też nie jesteś idealny!
Wartka akcja sprzyja lekturze, aż chce się podążać za fabułą, szczególnie że domniemani
mordercy zostają przez autorkę słusznie uniewinnieni. Wyrok pada na niespodziewaną osobę, ale
bardzo nieroztropną. Zbyt nieroztropną jak na winowajcę. Morderca przechowuje w
niebezpiecznym hasłem komputerze zdjęcia ofiary - przed jej śmiercią, jak i fotografię zwłok.
Powody? Bardziej prozaiczne niż mogłoby się wydawać. Po tak obiecującej zapowiedzi,
odniesieniach do pochówku w tradycji starożytnej religii i wzmiankach o różokrzyżowcach,
masonach... oczekiwało by się czegoś bardziej oszałamiającego. Niestety mamy jakieś
atawistyczne pobudki, które sprawiają, że ten balonik nadmuchiwany wraz z rosnącym napięciem,
wcale nie wybucha z hukiem, ale po prostu bezszelestnie schodzi z niego powietrze. A szkoda, bo
potencjał był duży, zwłaszcza że autorka pokusiła się napisać coś na miarę Dana Browna. Nie
trzeba mówić, jak wiele brakuje tej powieści do arcydzieła, ale trzeba przyznać, że jest napisana
wprawną ręką, która wie, jak budować napięcie, ale nie czuje się równie pewnie w punktach
kulminacyjnych. Jednak przy debiucie można wybaczyć znacznie więcej, dlatego widząc na
półkach księgarskich nazwisko Marciszewskiej, z pewnością sięgnęłabym po kolejne pozycje.

Komentarze